WHO: kolejne kraje europejskie tracą status wolnych od odry

Odra powraca do krajów europejskich, w których ją wytępiono. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) informuje na swojej stronie internetowej, że status krajów wolnych od tej choroby straciły na naszym kontynencie kolejne cztery państwa: Albania, Czechy, Grecja i Wielka Brytania.

Z opublikowanego niedawno raportu WHO wynika, że na całym świecie od stycznia do lipca tego roku zarejestrowano trzykrotnie więcej zachorowań z powodu odry niż w tym samym okresie 2018 r. „Cofamy się, podążamy w niewłaściwym kierunku” – oświadczyła Kate O’Brien z departamentu szczepień WHO.

Do regionu europejskiego WHO zaliczanych jest kilkadziesiąt państw. Do końca 2018 r. 35 państwa miały status krajów wolnych od odry. Zaliczane są do nich te, w których przez co najmniej 12 miesięcy nie doszło do zakażenia endemicznego (w obrębie danego regionu).

Takich krajów jest coraz mniej. Do końca 2017 r. zaliczano do nich 37 państw. W tym roku status ten straciły cztery kolejne kraje regionu europejskiego: Albania, Czechy, Grecja i Wielka Brytania. Kate O’Brien podkreśla, że doszło do tego w krajach o wysokim stopniu wyszczepienia populacji przeciwko odrze.

„Taka sytuacja jest szczególnie alarmująca dla całego świata, ponieważ okazuje się, że nie wystarczy mieć dużego poziomu wyszczepienia w danym kraju; jest on niezbędny także w każdej społeczności, w każdej rodzinie, trzeba zaszczepić każde dziecko” – podkreśla O’Brien.

Eksperci WHO uważają, że głównym powodem szerzenia się odry na świecie jest rozpowszechnienie w ostatnich latach nieprawdziwych informacji o niebezpieczeństwie i zbędności szczepień. W efekcie niemal we wszystkich regionach świata od 2017 r. wrasta liczba zakażeń tą chorobą. Od stycznia do końca lipca 2019 r. odnotowano rekordową liczbę 365 tys. zakażeń odrą – trzykrotnie więcej niż w analogicznym okresie 2018 r. Największy wzrost odnotowano w Kongo, Madagaskarze i na Ukrainie.

Również w Polsce stale zwiększa się liczba zakażeń wywołanych przez odrę. Z najnowszych danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – PZH w Warszawie wynika, że od 1 stycznia do 15 sierpnia br. zanotowano w Polsce 1358 przypadków odry. W tym samym okresie 2018 r. było 339 przypadków odry, a w 2017 r. – 63.

Już jedna dawka leku na depresję zmienia połączenia nerwowe w mózgu

Już jedna dawka leku na depresję wystarczy, by w ciągu kilku godzin spowodować istotne zmiany w połączeniach nerwowych w ludzkim mózgu — wykazały badania na ochotnikach, o których informuje pismo „Current Biology”.

Naukowcy z Instytutu Maksa-Plancka w Lipsku doszli do takich wniosków na podstawie badań w grupie 22 zdrowych osób. U wszystkich wykonano na początku skany mózgu z użyciem spoczynkowego funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (rs-fMRI). Pozwalają one obserwować aktywność synaps, tj. połączeń między neuronami, w stanie spoczynku, gdy mózg nie wykonuje żadnego zadania. Powtórzono je w 3-4 godziny po podaniu leku przeciwdepresyjnego escitalopramu (w dawce 20 mg) jednej grupie i placebo grupie drugiej. Po ośmiu tygodniach grupy zamieniły się rodzajem zażywanej substancji i ponownie przeszły skanowanie mózgu. Badani nie zażywali wcześniej escitalopramu i aktualnie nie przechodzili żadnej terapii.

Escitalopram należy do tzw. selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI). Serotonina jest bardzo ważnym neuroprzekaźnikiem w mózgu, kontrolującym wiele funkcji. Przede wszystkim jest znana z regulowania naszego nastroju, ale też procesów poznawczych czy procesów endokrynnych. Leki zaliczane do SSRI, w tym słynny Prozac, zwiększają poziom tego związku w różnych rejonach mózgu (w tym w korze czołowej, prążkowiu, hipokampie). Są obecnie najpowszechniej na świecie stosowanymi lekami w terapii depresji i zaburzeń lękowych.

Okazało się, że pojedyncza dawka escitalopramu — w porównaniu z placebo — spowodowała osłabienie połączeń czynnościowych w większości obszarów korowych i podkorowych mózgu. Jednocześnie, lek nasilił połączenia w móżdżku i we wzgórzu. Jak przypominają autorzy pracy, ostatnio rozważa się, czy włókna nerwowe idące z móżdżku przez wzgórze do regionów korowych, pełnią poza funkcją ruchową również rolę w procesach poznawczych i regulowaniu emocji.

Dalsze analizy ujawniły, że zmiany zachodzące pod wpływem leku dotyczyły przede wszystkim odległych połączeń nerwowych.

Według kierującej badaniami Julii Sacher choć leki z grupy inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny są obecnie najpowszechniej na świecie stosowanymi antydepresantami, wciąż nie do końca wiadomo, jak działają. Panuje powszechne przekonanie, że efekty ich działania w mózgu – tj. wpływ na podziały, migrację i różnicowanie się komórek nerwowych oraz powstawanie połączeń między nimi — pojawiają się w ciągu tygodni, a nie godzin, co zbiega się również z poprawą objawów depresji u pacjentów. Najnowsza praca pokazuje jednak, że zmiany te zaczynają zachodzić niemal natychmiast po zażyciu leku.

Badacze liczą, że wyniki ich badań pomogą w przyszłości m.in. lepiej przewidywać, który pacjent z depresją odniesie więcej korzyści ze stosowania leków z grupy SSRI niż z innych metod terapii. „Mamy nadzieję, że ostatecznie nasza praca pomoże podejmować lepsze decyzje na temat leczenia chorych na depresję i dobierać dla nich terapie w bardziej indywidualny sposób” – podsumowuje Sacher.

Российский ученый создал систему для перевода с языка глухих

Выпускник Новосибирского государственного университета (НГТУ) НЭТИ создал систему, которая упростит общение для людей с ограниченным слухом. Она может автоматически озвучивать язык жестов и позволяет управлять компьютером без помощи мыши. Об этом сообщила пресс-служба Министерства науки и высшего образования РФ.

Кроме того, с ее помощью можно настроить громкость и яркость на компьютере, а также управлять компьютерной мышью, не касаясь ее.

«Выпускник НГТУ НЭТИ Алексей Приходько завершил работу над прототипом системы, который переводит язык людей с нарушениями слуха и управляет компьютером при помощи жестов. <…> Система работает по аналогии с мозгом человека. При помощи камеры программа распознает картинку и фиксирует жесты, изображение переводит в модели и обрабатывает внутри системы, сопоставляя их с данными в нейронной сети, после чего компьютер выводит на монитор уже соответствующий жестам перевод», — говорится в сообщении ведомства.

Разработать хорошую систему для перевода с жестового языка сложно из-за особенностей его грамматики. Дело в том, что перевод напрямую зависит не только от конфигурации и ориентации рук, но и от их движения, месторасположения, а также выражения лица, движений губ и других знаков. Именно поэтому ни одна из существующих программ пока не может заменить живых переводчиков.

«Существует два способа распознавания жестов при помощи техники: безмаркерный и маркерный. Маркерная система — это когда на человека надеты специальные перчатки, приборы на запястья, браслеты и современные агрегаты, которые учитывают движение мышц и точки на корпусе человека. Я пошел сложным путем, который не требует больших затрат — моя программа безмаркерным методом распознает человека и его жесты при помощи камер», — сказал Приходько.

Szumowski: Agencja Badań Medycznych pomoże we wdrażaniu innowacji w medycynie

Fot. Fotolia

Utworzona w tym roku Agencja Badań Medycznych pomoże we wdrażaniu innowacji do praktyki medycznej, uzupełniając publiczne wsparcie, udzielane nowatorskim projektom na etapie zgłaszania pomysłu i badań – ocenił w środę w Krynicy-Zdroju minister zdrowia Łukasz Szumowski.

Podczas panelu zatytułowanego „Polska jako partner naukowy we współpracy międzynarodowej” w ramach 29. Forum Ekonomicznego szef resortu zdrowia przypomniał, że od dwóch lat działa już Wirtualny Instytut Badawczy dla branży biotechnologii, w ramach którego z puli pół miliarda złotych mają być finansowane badania podstawowe w zakresie biomedycznym.

Uruchomienie Agencji Badań Medycznych – tłumaczył minister – jest kolejnym krokiem na drodze służącej skutecznemu wdrażaniu innowacji i nowych technologii do praktyki medycznej. Z reguły wymaga to kosztownych badań klinicznych, które dotąd często były barierą we wdrażaniu nowinek; teraz procesy te ma wspierać Agencja Badań Medycznych.

„Agencja jest uzupełnieniem łańcuszka, gdzie polscy naukowcy mogą najpierw startować np. do Wirtualnego Instytutu Badawczego po środki na badania podstawowe, później do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, który przygotowuje produkt, prototyp czy patent. Potem trzeba wdrożyć to w medycynie, a do tego potrzebne są duże badania kliniczne, implementacja u pacjentów — tym ma się zająć Agencja Badań Medycznych. Tego dotąd nie było” – wyjaśnił minister zdrowia.

Ocenił, że nowe instytucje i mechanizmy pozwolą skuteczniej niż dotąd zatrzymać w Polsce autorów innowacyjnych pomysłów, dziś często szukających możliwości wdrożenia swoich wynalazków za granicą.

Jak mówił Szumowski, intencją resortu jest finansowanie pomysłów od podstawy, poprzez badania, po ich praktyczne wdrożenie. Za optymalny model minister uznał mechanizm, w którym pomysłodawcy otrzymują grant na prowadzenie badań np. na dwa lata, po których rozliczają się z efektów – bez wnikliwych kontroli w okresie prowadzenia badań. Szumowski zaznaczył, że należy liczyć się z tym, że około połowa badanych projektów ostatecznie nie wychodzi, co wymaga także elastyczności ze strony instytucji finansujących badania.

„Musimy trochę się bardziej uelastycznić, dać narzędzia, dać laboratoria, i rozliczać z efektów” – podsumował Szumowski. „Musi być wolność badań, bo na tym opiera się innowacja — a my musimy to sfinansować” – dodał, podkreślając konieczność stworzenia ścieżki komercjalizacji technologii na drodze „od badacza do rynku”.

Uczestniczący w dyskusji minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński zapewnił, że rząd chce zapewnić finansowanie projektów badawczo-rozwojowych na wszystkich etapach – od badań podstawowych, poprzez badania stosowane i ich komercjalizację, po zakładanie firm i kolejne etapy ich wzrostu. „Inaczej te firmy będą uciekały z Polski i z Unii Europejskiej” – ocenił minister.

Jak mówił Kwieciński, obecnie największym inwestorem w prace badawczo-naukowe jest właśnie Unia Europejska, która jednak wciąż ma problem z komercjalizacją wyników badań. „Efekty prac badawczo-rozwojowych, startupy, uciekają z Unii – połowa do USA, a np. 6 proc. do Izraela. To pokazuje, że w UE jest potencjał, mamy świetne pomysły, natomiast korzyści płynące z komercjalizacji są czerpane poza naszymi granicami” – przyznał szef resortu inwestycji i rozwoju.

Zadeklarował, że na wspieranie badań i wdrożeń przeznaczane będzie coraz więcej publicznych pieniędzy. „Mamy do tego instytucje, mamy coraz więcej pieniędzy – i na badania, i pieniędzy kapitałowych, w postaci tego, co robi chociażby Polski Fundusz Rozwoju (…). Na to w najbliższych latach będziemy coraz więcej przeznaczać. Tworzymy coraz lepsze warunki dla polskiej nauki i dla rozwoju innowacji” – zapewnił Kwieciński.

Powołana wiosną tego roku Agencja Badań Medycznych jest państwową agencją odpowiedzialną za rozwój badań naukowych w dziedzinie nauk medycznych i nauk o zdrowiu. Jej funkcjonowanie ma przynieść wymierne korzyści dla pacjentów – pozwoli ocenić, które nowe technologie medyczne i metody terapeutyczne powinny być stosowane dla zaspokojenia potrzeb społeczeństwa.

Agencja będzie prowadziła działalność analityczną w zakresie oceny podejmowanych decyzji i ich wpływu na koszty funkcjonowania systemu ochrony zdrowia. Opracowane analizy pozwolą na przedstawienie konkretnych rozwiązań, dzięki którym system opieki zdrowotnej ma funkcjonować w bardziej wydajny sposób.

Opatrunek z glonów

Fot. Fotolia

Naukowcy podglądają okrzemki i chcą je wykorzystać w medycynie. Badacze analizują zdolność mikroskopijnych glonów do syntezy krzemionki. Z tej trójwymiarowej, ażurowej nanostruktury można stworzyć biokompozyty do produkcji opatrunków na trudno gojące się rany, odleżyny lub infekcje skórne.

«W poszukiwaniu rozwiązań dla nowoczesnych technologii bogatym źródłem inspiracji są także mikroorganizmy, a wśród nich okrzemki, budujące pancerzyki z krzemionki o niezwykle złożonej, porowatej nanostrukturze” – mówi prof. Bogusław Buszewski z Wydziału Chemii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, który jest kierownikiem projektu naukowego BIOG-NET.

Na badania 21 mln zł przekazała Fundacja na rzecz Nauki Polskiej (FNP) w ramach programu TEAM-NET. O projekcie FNP poinformowała w przesłanym komunikacie.

Jak wyjaśnia prof. Buszewski, okrzemki to jednokomórkowe algi, występujące na całej kuli ziemskiej, we wszystkich środowiskach wodnych, także na lodzie i śniegu. Ich krzemionkowe pancerzyki mają średnicę około 10 mikrometrów, czyli jednej setnej milimetra. Chociaż są tak mikroskopijne, mają porowatą strukturę, a ich powierzchnia jest pofałdowana i pocięta licznymi szczelinami.

Ta ażurowość najbardziej fascynuje naukowców i inżynierów. Dzięki niej, szkielety okrzemek można potraktować, jako punkt wyjścia do opracowania nowej generacji nanomateriałów krzemionkowych, biokompatybilnych z organizmami żywymi. Ponadto, mogą one spełniać rolę „pudełka” lub „magazynu” dla biologicznie aktywnych substancji, uwalnianych w zależności od potrzeb i przeznaczenia. Kilka ośrodków naukowych na świecie próbowało już wykorzystać okrzemki, jako nośniki leków.

Naukowcy z konsorcjum BIOG-NET zamierzają stworzyć innowacyjne kompozyty nanokrzemionkowe. Będą modyfikować szkielety okrzemek i modyfikować za pomocą różnych metali – np. rutenu czy srebra — aby nadać im zupełnie nowe, unikalne właściwości. Tak powstaną biokompozyty posiadające zdolności chłonne bądź też uwalniające określone substancje lecznicze.

«Opatrunki takie mogą być wykorzystywane w leczeniu trudno gojących się ran, odleżyn lub infekcji skórnych” – tłumaczy prof. Buszewski.

Aby jednak doszło do stworzenia takich opatrunków, najpierw badacze muszą ustalić, w jakich warunkach można wydajnie hodować okrzemki. Opracują też sposoby na zaawansowane, precyzyjne obrazowanie i modelowanie ich struktur powierzchniowych. Potem nauczą się przekształcać pozyskane od mikroorganizmów nanostruktury krzemionkowe w potrzebne produkty.

W projekt BIOG-NET zaangażowanych jest aż sześć ośrodków naukowych. Oprócz Wydziału Chemii UMK w Toruniu są to: Wydział Nauk o Ziemi Uniwersytetu Szczecińskiego, Wydział Mechaniczny Politechniki Białostockiej, Wydział Chemii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wydział Inżynierii Materiałowej Politechniki Warszawskiej oraz Wydział Biologii i Biotechnologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Naukowcy mają nadzieję na szybką komercjalizację opracowanych przez nich funkcjonalizowanych nanomateriałów krzemionkowych, gdyż partnerem strategicznym projektu BIOG-NET są Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych. Partnerami przemysłowymi są również firmy Sygnis czy AdvaChemLab.

„Zainteresowanie naszymi badaniami przejawiają też firmy farmaceutyczne, producenci suplementów diet i chemii gospodarczej. Inną możliwością jest zastosowanie wyników naszych prac w szeroko pojętej kosmetologii” – podsumowuje prof. Buszewski.

Komórka nie pozwala odpocząć psychicznie

Fot. Fotolia

 

Jeśli pragniesz chwili wytchnienia od wyczerpujących zadań umysłowych, nie sięgaj po telefon komórkowy. Korzystanie ze smartfona uniemożliwia regenerację sił intelektualnych – czytamy na łamach „Journal of Behavioral Addictions”.

W ramach eksperymentu z udziałem 414 ochotników naukowcy z Uniwersytetu Rutgersa (USA) wykazali, że korzystanie z telefonu komórkowego wyczerpuje możliwości poznawcze człowieka, przez co może on gorzej wykonywać zadania wymagające wysiłku umysłowego.

Podczas badania uczestnicy rozwiązywali zagadki słowne (anagramy). Część z nich robiła to bez przerwy. Pozostali w połowie zadania mogli chwilę odpocząć, tworząc hipotetyczną listę zakupów na smartfonie, komputerze lub kartce papieru.

Okazało się, że badani, którzy w czasie przerwy korzystali ze smartfona, gorzej radzili sobie z rozwiązywaniem anagramów. Byli co prawda sprawniejsi niż osoby, które nie mogły pozwolić sobie na chwilę wytchnienia, ale wykonywali zadania wolniej i mniej efektywnie, niż uczestnicy mający do dyspozycji komputer lub zwykły papier.

«Coraz częściej zdarza się, że sięgamy po telefon w przerwie od wykonywania zadań lub nawet w ich trakcie. To ważne, by wiedzieć, jakie są koszty sięgania po to urządzenie w każdej wolnej chwili. Wydaje nam się, że taka przerwa nie różni się od innych, ale telefon może nas rozpraszać, sprawiając, że będzie nam trudno ponownie skupić się na wykonywanym zadaniu» – mówi współautorka badania prof. Terri Kurtzberg.

Specjaliści przypuszczają, że telefony mogą wywoływać taki efekt, bo skłaniają do robienia wielu rzeczy – sprawdzania wiadomości, kontaktowania się z innymi ludźmi, szukania informacji, itp. – w sposób odbiegający od korzystania z innych urządzeń ekranowych np. komputerów czy laptopów.

Porody domowe równie bezpieczne, jak szpitalne

Fot. Fotolia

Kobiety w prawidłowo przebiegającej ciąży, które zamierzają rodzić w domu, nie mają zwiększonego ryzyka okołoporodowego zgonu — swojego, jak i dziecka — w porównaniu do kobiet, które pragną rodzić w szpitalu — poinformowano w „EClinicalMedicine”.

„Coraz więcej kobiet w krajach wysoko rozwiniętych wybiera poród w domu, ale w społeczeństwie wciąż pokutuje przeświadczenie, że to niepotrzebne ryzyko; że narażają w ten sposób siebie oraz swoje dzieci — mówi prof. Eileen Hutton z McMaster University (Kanada), główna autorka artykułu (http://dx.doi.org/10.1016/j.eclinm.2019.07.005). — Nasze badanie wyraźnie pokazuje, że ryzyko jest takie samo w przypadku porodów domowych i tradycyjnych — szpitalnych”.

Na potrzeby badania naukowcy pod wodzą Hutton sprawdzili bezpieczeństwo miejsca narodzin, analizując częstość zgonów okołoporodowych oraz tych, do których doszło w ciągu pierwszych czterech tygodni po porodzie. Ich metaanaliza objęła 21 publikacji naukowych, które powstały po 1990 roku, a dotyczyły 8 krajów: Szwecji, Nowej Zelandii, Anglii, Holandii, Japonii, Australii, Kanady i USA. W sumie oceniono dane z około 500 tys. porodów domowych i podobnej liczby porodów szpitalnych.

W efekcie nie stwierdzono żadnej istotnej różnicy w poziomie ryzyka pomiędzy grupą kobiet rodzących w domu i tych, które zdecydowały się rodzić w warunkach szpitalnych.

„Nasza analiza dostarcza bardzo cennych informacji nie tylko decydentom i osobom związanym ze zdrowiem publicznym, ale także wszystkim kobietom planującym powiększenie rodziny oraz ich bliskim” — uważa prof. Hutton.

Bez cynku nie ma rzeżączki

Fot. Fotolia

Powodująca rzeżączkę bakteria Neisseria gonorrhoeae ginie, jeśli nie może przyswajać cynku – informuje pismo PLOS Pathogens.

Według danych Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (Centers for Disease Control and Prevention), co roku w Stanach Zjednoczonych pojawia się ponad 820 tys. nowych przypadków rzeżączki. Ponad połowa zachorowań na tę chorobę weneryczną dotyczy młodych osób w wieku od 15 do 24 lat. Neisseria gonorrhoeae uodporniła się na niemal każdy stosowany dotychczas lek, nie ma też skutecznej szczepionki.

Objawy rzeżączki u mężczyzny (ropna wydzielina z cewki moczowej, pieczenie podczas oddawania moczu, częstsze oddawanie moczu) pojawiają się zwykle po 3-5 dniach od kontaktu seksualnego, ale czasem dopiero po dwóch tygodniach. Choć u większości kobiet choroba przebiega bezobjawowo, nieleczona może powodować poważne i trwałe problemy zdrowotne. Dochodzi bowiem do zapalenia narządów miednicy mniejszej, co prowadzi do bezpłodności i ciąży pozamacicznych. Ciąża pozamaciczna często prowadzi do zagrażającego życiu krwotoku.

Dzięki obecnym w błonie komórkowej białkom, N. gonorrhoeae jest bardzo odporna na standardowo stosowaną przez zainfekowany organizm strategie obronną, polegającą na ograniczaniu intruzowi dostępności składników odżywczych.

Bakteria powodująca rzeżączkę wytwarza osiem znanych białek transportujących niezbędne jej substancje. Cztery są wykorzystywane do pozyskiwania żelaza lub chelatów żelaza. Dwa pozostałe transportery, TdfH i TdfJ, ułatwiają pobieranie cynku.

Jak wykazał zespół prof. Cynthi Nau Cornelissen z Georgia State University, TdfH wiąże się bezpośrednio z ludzkim białkiem kalprotektyną, a TdfJ – z białkiem S100A7. W obu przypadkach białka bakterii przechwytują zawarty w ludzkich białkach cynk, który przyswaja następnie N. gonorrhoeae.

Zdaniem prof. Cornelissen uzyskane wyniki mogą pozwolić na opracowanie metody blokowania rozwoju wywołującej rzeżączkę bakterii. Autorka dąży do opracowania szczepionki, która blokuje pobieranie żelaza i cynku przez N. gonorrhoeae i w pełni chroni gospodarza przed tym patogenem.

Kiedy mlaski i żucie doprowadzają do szału: psycholog bada mizofonię

Fot. Fotolia

Są osoby, u których dźwięki mlaskania, ciamkania, gryzienia wywołują silne, trudne do opanowania emocje: gniew, obrzydzenie, niepokój. «Całkowite odcinanie się od tych dźwięków to zły pomysł» — radzi psycholog Marta Siepsiak, która bada zjawisko mizofonii.

`Misos` to nienawiść — a `phone` to dźwięki. «Mizofonia to nie jest jednak ogólna nadwrażliwość na dźwięki. Osoba z mizofonią może kompletnie nie reagować na odgłos piły mechanicznej czy samolotu, ale za to będzie jej przeszkadzać cichutkie pomlaskiwanie» — mówi w rozmowie z PAP Marta Siepsiak, doktorantka z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. W ramach swoich badań (http://psychiatriapolska.pl/_447_458_.html) próbuje zrozumieć podłoże mizofonii, nazywanej też 4S (Selective Sound Sensitivity Syndrome).

Badaczka określa, że mizofonia to zaburzenie. Zaznacza jednak, że nie znajduje się ono jeszcze w żadnym oficjalnym wykazie chorób i zaburzeń (np. ICD 11 czy DSM-5).

Psycholożka tłumaczy, że osoby z mizofonią doświadczają bardzo silnych, niepoddających się kontroli emocji, kiedy słyszą specyficzne dźwięki, np. odgłosy mlaskania, siorbania, cmokania, gryzienia jabłka, chrapania czy nawet oddychania. «Z badań – również moich — wynika, że są to głównie odgłosy wydawane przez ludzi — np. związane z jedzeniem» — mówi. Bywają jednak osoby, które z równowagi wyprowadza np. odgłos szczekania psa albo pisania na klawiaturze.

IRYTACJA PRZECHODZĄCA W GNIEW

Jak zaznacza psycholog, nie chodzi o to, że osoba z mizofonią boi się jakiegoś konkretnego dźwięku. «Z moich badań wynikło, że emocjami, które pojawiają się tu najczęściej są: gniew, zniesmaczenie, obrzydzenie i niepokój. Ale nie strach — mówi badaczka. I wyjaśnia, że w przypadku strachu przed dźwiękami mówi się nie o mizofonii, a o fonofobii.

Osoby z mizofonią zdają sobie sprawę, że ich reakcja jest zbyt duża, nieadekwatna do okoliczności. «Ale nie są w stanie z tym nic zrobić. To reakcja automatyczna» — mówi psycholog. Dodaje jednak, że ta nadmierna reakcja często wiąże się dla tych osób z dużymi kosztami i utrudnia im funkcjonowanie w życiu codziennym.

MAŁO BADAŃ, DUŻO NIEWIADOMYCH

Na razie o mizofonii bardzo mało wiadomo. «Zjawisko to opisano w 2001 r. A dopiero w 2013 r. były pierwsze na świecie badania osób z mizofonią» — informuje rozmówczyni PAP. Z tych badań wiadomo, że u osób z mizofonią naprawdę można zauważyć reakcje psychofizjologiczne w odpowiedzi na nieprzyjemny dźwięk — następuje u nich przyspieszone bicie serca i pocenie. «Nie jest więc tak, że osoby te wymyśliły sobie tę przypadłość» — mówi psycholożka.

Inne badania — opublikowane w 2017 r. — pokazały różnice w funkcjonowaniu pewnych struktur w mózgu między osobami z mizofonią i bez niej. «Ale z tego absolutnie nie można wyciągnąć wniosku, że skoro mózgi funkcjonują inaczej, to znaczy, że ci ludzie się już tacy urodzili. Mózgi mogły się tak ukształtować w reakcji na doświadczenia. Tego jednak nie wiadomo» — zaznacza doktorantka.

Nie wiadomo również, jak częstym zjawiskiem jest mizofonia. Z jednych z zagranicznych badań wynikło — podaje rozmówczyni PAP — że mizofonia dotyka ok. 3 proc. populacji. Inne badania z kolei pokazały, że nadwrażliwość na dźwięki — a więc szersze zjawisko — wskazywało już 20 proc. osób.

LĘKI A NIEPRZYJEMNE DŹWIĘKI

Pytana, kim są osoby z mizofonią i czy coś je ze sobą łączy, Marta Siepsiak odpowiedziała, że to grupa zróżnicowana i trudno znaleźć między nimi cechy wspólne. Na razie elementem, który występuje częściej u osób z mizofonią niż u osób bez tej przypadłości, jest wysoki poziom lęku. Nie stwierdzono jednak — przynajmniej na razie — zależności między mizofonią a depresją czy innymi zaburzeniami. Marta Siepsiak zwraca jednak uwagę, że nie prowadzono na ten temat wielu badań.

CO PRZYNOSI ULGĘ

Pytana, co może pomóc osobom z mizofonią, odpowiada, że działać mogą elementy terapii poznawczo-behawioralnej i pogłębienie wiedzy o tym zaburzeniu. «A także uświadomienie sobie, że reakcje są nieuzasadnione i że to zwykle nie jest tak, że osoba, która wydaje irytujące dźwięki robi to na złość» — mówi.

«W opowieściach ludzi z mizofonią, którzy do mnie piszą, powtarza się schemat, że np. ich rodzina słysząc o ich przypadłości mówiła im, że są nienormalni, wyśmiewali problem. To na pewno tym osobom nie pomaga» — zaznacza.

Od kiedy o problemie zaczęło się głośno mówić – zwraca uwagę psycholog — znalazły się osoby, które chcą na nim zarobić. «Jest dużo szarlatanów, którzy wymyślają `terapie` dla mizofoników — polegające np. na emitowaniu przetworzonych dźwięków, sprzedaży cyfrowych filtrów, specjalnych słuchawek, zatyczek do uszu. Nie ma jednak żadnych podstaw, by sądzić, że to będzie pomagać» — opisuje. «Tu akurat badacze są zgodni — noszenie słuchawek cały czas, kiedy spotykamy się z takimi irytującymi dźwiękami i odcinanie się od tych dźwięków na siłę nie jest dobrym pomysłem» — mówi. Wyjaśnia, że wtedy każde kolejne spotkanie z dźwiękiem może wtedy wywołać jeszcze silniejszą reakcję.

CZY ASMR TO ANTYMIZOFONIA?

Tak jednak jak są osoby, które nie znoszą ciamkania, mlaskania, cmokania, tak są też i osoby, którym te same dźwięki sprawiają ogromną przyjemność. «Zjawisko to to ASMR — Autonomous Sensory Meridian Response. Na youtubie są setki filmików dla środowiska ASMR, na których słychać szeptanie, szuranie, skrobanie czy cmokanie. U niektórych słuchaczy odgłosy te wywołują głęboki relaks i przyjemne mrowienie» — mówi. Zapowiada, że w jednym ze swoich badań będzie sprawdzała, czy osoby, które doświadczają mizofonii i ASMR są jakoś do siebie podobne — np. pod względem temperamentu.

KWESTIONARIUSZ

Marta Siepsiak wraz z zespołem opracowała kwestionariusz dla osób z mizofonią. Może on pomóc m.in. terapeutom w diagnozowaniu tej dolegliwości. W kwestionariuszu tym są m.in. pytania o to, czy są pojedyncze dźwięki, które badanemu przeszkadzają w ekstremalny sposób. Badany powinien też odpowiedzieć, czy niechęć do tych dźwięków w znaczny sposób wpływa na jego życie? Czy osoba zazwyczaj unika sytuacji, w których te dźwięki się pojawiają? I czy ponosi w związku z tymi dźwiękami lub ich unikaniem duże koszty psychologiczne.

Wkrótce badaczka rozpoczyna w Polsce badania nad mizofonią. Będzie szukała około 100 osób borykających się z takim problemem. Informacje na ten temat można znaleźć na stronie projektu (http://www.projekt-dzwiek.com/https://www.facebook.com/Projekt-dźwięk-107032377302633). Badania realizowane są w ramach grantów PRELUDIUM i ETIUDA Narodowego Centrum Nauki oraz ze środków DSM Wydziału Psychologii UW.

Płeć można rozpoznać po zakręconym ślimaku

Fot. Fotolia

Część ucha wewnętrznego zwana ślimakiem przez całe życie wygląda inaczej u kobiet, a inaczej u mężczyzn, co może mieć znaczenie przy identyfikacji szkieletów — również szkieletów dzieci – informuje pismo „Scientific Reports”.

W przypadku bardzo starych ludzkich szczątków często brak DNA nadającego się do przeprowadzenia wiarygodnych badań. Do tej pory nie było możliwe ustalenie płci dziecka na podstawie pomiarów jego szkieletu. Natomiast u dorosłych można to było wiarygodnie wykonać tylko poprzez badanie miednicy (która nie zawsze jest zachowana).

Jednak tak zwana cześć skalista kości skroniowej, w której zlokalizowany jest ślimak często znajdowana jest na stanowiskach archeologicznych. To najtwardsza kość w organizmie ssaka. Jak wykazali naukowcy z Centre National de la Recherche Scientifique, Uniwersytetu Tuluza III — Paul Sabatier i l`Université Clermont Auvergne, badając kształt ślimaka można wiarygodnie określić płeć bardzo starych szczątków ludzkich. Wynika to ze skrętu spirali ślimaka, która różni się w zależności od płci, szczególnie w części końcowej.