Koty także przywiązują się do ludzi

Fot. Fotolia

Głębia życia społecznego i zdolność kotów do tworzenia bliskich więzi z człowiekiem mogła być niedoceniana — pokazują nowe eksperymenty. Te uznawane za wyjątkowo niezależne czworonogi traktują człowieka w dużej mierze podobnie, jak robią to psy.

Na łamach pisma „Current Biology” zespół z Oregon State University opisał doświadczenie sprawdzające, w jaki sposób koty wiążą się z ludźmi. Badacze wykorzystali metodę stosowaną do oceny przywiązania dzieci do opiekunów. Polega ona na obserwacji zachowania małego dziecka, kiedy w nieznanym dla niego środowisku opiekun zniknie z pola widzenia, a potem wróci. Dzieci czujące się bezpiecznie szybko powracają do eksplorowania nowego otoczenia, a te z poczuciem zagrożenia nadmiernie trzymają się opiekuna i unikają ryzyka. Podobne badania wykonywano już także na naczelnych oraz psach.

W trakcie opisanych teraz testów, dorosły kot lub kocię spędzały dwie minuty w nowym miejscu ze swoim opiekunem, a potem taki sam czas — bez swojego pana. Potem, przez dwie minuty właściciel kota spędzał z nim czas wspólnie.

Wyniki wskazały, że koty wiążą się z człowiekiem podobnie jak psy i jak dzieci z rodzicami. Około 65 proc. dorosłych oraz młodych kotów utworzyło bezpieczną relację ze swoim opiekunem. Taka zdolność mogła, zdaniem naukowców, pozwolić kotom na odniesienie sukcesu, jako domowe zwierzę.

„Podobnie, jak psy, koty wykazują elastyczność w sferze przywiązania do człowieka” — wyjaśnia autorka badania Kristyn Vitale. „Większość kotów wiąże się ze swoim właścicielem tak, że traktuje go jak źródło poczucia bezpieczeństwa w nowym otoczeniu” — kontynuuje badaczka.

Teraz badacze chcą sprawdzić, jak te wyniki odnoszą się do kotów przebywających w schroniskach.

Podkarpackie/Trwają gody salamandry; leśnik ostrzega, by ich nie dotykać

Fot. Fotolia

W Bieszczadach i Beskidzie Niskim trwa okres godowy salamandry plamistej. Rzecznik Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych (RDLP) w Krośnie Edward Marszałek przestrzega jednak, by napotkanych płazów nie dotykać, bo może to być groźnie dla zdrowia.

Marszałek przypomniał, że salamandry są jedynymi w Polsce płazami, których okres godowy przypada we wrześniu.

«Aktywność w okresie godowym sprawia, że bez trudu można je spotkać w wilgotnych lasach liściastych Bieszczadów i Beskidu Niskiego. Prawie pewne są spotkania z tym płazem w drodze na szczyt Cergowa (716 m n.p.m.) przy Złotej Studzience w Beskidzie Niskim» — powiedział w czwartek PAP leśnik.

Przestrzegał jednak przed dotykaniem napotkanej podczas leśnych wędrówek salamandry.

«Wydzielane ze skórą płaza substancje mogą spowodować kłopoty zdrowotne. Szczególnie groźne jest przetarcie oczu dłonią, w której przed chwilą trzymało się salamandrę» – podkreślił rzecznik krośnieńskiej RDLP.

Salamandry plamiste są największymi płazami ogoniastymi bytującymi w naszym kraju; ich długość dochodzi do 25 cm.

Żywią się m.in. dżdżownicami, ślimakami, gąsienicami. Przez pierwsze trzy miesiące żyją w wodzie. Później, przeobrażone, wychodzą na ląd. Dojrzałość płciową osiągają po trzech — czterech latach. Na wolności dożywają ok. dziesięciu lat.

Należą do zwierząt pospolitych w krajach Europy Środkowej i Południowej. W Polsce najczęściej można je spotkać w Karpatach i Sudetach; podlegają ochronie gatunkowej.

Edward Marszałek zwrócił uwagę, że tajemniczy tryb życia tego płaza bywał w przeszłości powodem powstawania mitów i przesądów, które w szczątkowych formach przetrwały do naszych czasów.

«W Polsce nazywano je jaszczurami lub jaszczyrzami; takie nazwy znaleźć można w podręcznikach zoologii z XIX wieku. Niektórzy czcili je uważając za +córy płomieni+. Wierzono bowiem, że salamandry nie rodzą się jak inne zwierzęta, ale wychodzą z ognisk palonych w lesie. Stąd +wysmażone+ na pomarańczowo plamy na ich skórze» – przypomniał.

Lubuskie/ W «Ujściu Warty» rozpoczęła się jesienna koncentracja żurawi

Fot. PAP/ Lech Muszyński 03.03.2007

W Parku Narodowym «Ujście Warty» w Lubuskiem rozpoczęła się jesienna koncentracja żurawi. Podczas ostatniego liczenia tych ptaków, przyrodnicy stwierdzili obecność ponad 11,2 tys. osobników tego gatunku – poinformował PAP Michał Wołowik z PN «Ujście Warty».

„Park Narodowy +Ujście Warty+ jest miejscem, gdzie w Polsce notowane są największe liczebności nocujących żurawi. Jest to wynik położenia na jednej z najważniejszych tras migracji żurawi w Europie. Ptaki nocujące u nas w Parku lecą dalej na zachód Europy – do Hiszpanii, ale część z nich leci również w kierunku południowym – do Węgier” – powiedział Wołowik.

Dodał, że w otoczeniu „Ujścia Warty” znajdują się dodatkowo duże pola uprawne kukurydzy, a także łąki i pastwiska, które stanowią doskonałą bazę pokarmową dla tych ptaków w czasie ich corocznych migracji.

Żurawie nocują jesienią w dużych grupach ze względu na większą szansę wykrycia potencjalnego drapieżnika, który zbliża się do grupy żurawi. To strategia obronna tych ptaków.

Jesienne koncentracje żurawi dotyczą przede wszystkim obszarów podmokłych. Na nocleg wybierają one mokradła i bagna, śródleśne jeziora i torfowiska lub rozległe, płytkie zbiorniki wodne, jak np. Jezioro Rakutowskie pod Włocławkiem.

„W przypadku braku takich miejsc potrafią również nocować w zalanych częściach odkrywek kopalni węgla brunatnego. Tak jest w przypadku kopalni węgla brunatnego Adamów pod Turkiem. Chociaż jest to raczej oznaka desperacji niż symptom braku negatywnego wpływu tego rodzaju inwestycji” – dodał Wołowik.

Europejskie żurawie spędzają zimę gównie na Półwyspie Iberyjskim, a gdy ta pora roku jest łagodniejsza — także w innych miejscach zachodniej Europy. Z Polski z reguły odlatują na przełomie listopada i grudnia, a wracają w końcu lutego. Łagodne zimy sprawiają jednak, że część ptaków spędza je w naszym kraju.

Żuraw to duży ptak występujący w Europie i Azji. Osiąga wysokość około 130 cm, a rozpiętość jego skrzydeł może sięgać 2,2 metra przy wadze 5-6 kg. Zamieszkuje głównie tereny podmokłe, okolice jezior i starorzeczy. Gnieździ się w środkowej i wschodniej Europie oraz północnej Azji.

Niegdyś ptaki te były bardzo płochliwe i unikały człowieka. Z tego też powodu nie było łatwo je zaobserwować. Żurawie jednak stały się bardziej ufne i teraz bez przeszkód można je podziwiać, m.in. żerujące na polach uprawnych.

Park Narodowy «Ujście Warty» zajmuje powierzchnię 8074 ha. Położony jest przy zachodniej granicy Polski, w części Pradoliny Toruńsko-Eberswaldzkiej, zwanej Kotliną Gorzowską. Jego krajobraz to mozaika łąk, pastwisk, turzycowisk i trzcinowisk.

Ujściowy odcinek Warty, wraz ze swoimi kanałami, rzeką Postomią i rozległymi polderami, to jedno z najważniejszych miejsc jesiennych i wiosennych koncentracji wędrownych ptaków wodnych i błotnych w naszym kraju i w tej części Europy.

Wydawnictwa Białowieskiego PN i Państwowego Instytutu Weterynarii z okazji 90-lecia restytucji żubra

Fot. Fotolia

O historii ocalenia żubra — jako gatunku — od zagłady oraz o najnowszych informacjach o zdrowiu tych zwierząt traktują dwa najnowsze wydawnictwa, które z okazji 90-lecia restytucji żubra wydały Białowieski Park Narodowy i Państwowy Instytut Weterynaryjny.

Park wydał album «Borusse i Reszta. 90 lat restytucji żubra», a Państwowy Instytut Weterynaryjny — Państwowy Instytut Badawczy w Puławach «Kompendium ochrony zdrowia żubra (Bison Bonasus)». Kompendium jest pracą zbiorową pod redakcją naukową Magdaleny Larskiej i Michała Krzysiaka).

W 1857 r. żubrów w Puszczy Białowieskiej było 1 tys. 898, w 1914 r. — przed wybuchem I wojny światowej 737, po pierwszej wojnie ani jednego — podano w albumie z przywołaniem historycznych źródeł tych informacji.

90-rocznica restytucji żubra, czyli początku prac nad ocaleniem tego gatunku i przywróceniem go do życia na wolności, przypada w czwartek. 19 września 1929 r., po podjętych wcześniej staraniach wielu środowisk w kraju i na świecie zainteresowanych uratowaniem żubra, do Puszczy Białowieskiej przywieziono z ogrodów zoologicznych pierwsze żubry.

«W pierwszym transporcie 19 września 1029 r. przyjechały do Białowieży dwa byki: czystej krwi dwuletni żubr linii nizinno-kaukaskiej Borusse (…) pochodzący z hodowli w Boitzenburgu oraz żubrobizon Kobold z Ogrodu Zoologicznego w Kopenhadze. 10 października tego samego roku przyjechała do Białowieży pięcioletnia żubrzyca czystej krwi nizinnej Biserta urodzona w ZOO w Sztokholmie oraz żubrobizonica Faworyta z tego samego ogrodu zoologicznego» — przypomniano w rocznicowym albumie, przywołując relację z przywiezienia żubrów autorstwa ówczesnego kierownika Nadleśnictwa Rezerwat prof. Jana Jerzego Karpińskiego. Żubry przywieziono koleją z Warszawy do Hajnówki, a dalej kolejką leśną na teren Zwierzyńca.

«Po 10 latach nieobecności w Puszczy Białowieskiej znów pojawiły się żubry! Opiekę nad nimi powierzono pracownikom Nadleśnictwa Rezerwat, które wkrótce — 11 sierpnia 1932 r. stało się Białowieskim Parkiem Narodowym» — czytamy w albumie.

W sierpniu 1930 r., gdy do ZOO w Warszawie wywieziono żubrobizona Kobolda, przywieziono również z Warszawy do Puszczy Białowieskiej żubrzycę czystej krwi nizinnej o imieniu Biscaya i żubrobizonicę — Stolze. Obie były z zoo w Sztokholmie. Pierwszy młody żubr przyszedł na świat 23 listopada 1930 r. Był to byczek Puhacz. Dwa pierwsze żubry (samce Pomruk i Popas) wypuszczono na wolość 13 września 1952 r., a w 1953 r. samice Porębę i Pojatę oraz młodego żubra o imieniu Podarek — czytamy w albumie, w którym jest też wiele zdjęć historycznych z różnych źródeł.

Żubr jest od 1966 r. gatunkiem zagrożonym wyginięciem wpisanym do Czerwonej Księgi Zwierząt. Obecnie — według danych podanych w albumie — na świecie żyje ok. 7,5 tys. żubrów, z czego ponad 500 na wolności w polskiej części Puszczy Białowieskiej i 20 w rezerwacie. Liczba żubrów w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej jest podobna.

«Na świecie mamy obecnie coraz więcej stad żubrów żyjących dziko na swobodzie. I to jest właściwy sens i sedno restytucji. Poza Polską wolne stada istnieją w Rosji, na Litwie, na Białorusi, Ukrainie, Słowacji, Rumunii, a nawet jedno niewielkie w Niemczech. Żubry przekraczają granice» — czytamy w publikacji. W Polsce żubry są obecnie w 28 miejscach, a dotąd z Puszczy Białowieskiej ponad 500 żubrów wysłano do różnych hodowli do 20 państw.

Specjaliści konsekwentnie podkreślają, że o żubra jako gatunek wciąż trzeba dbać, bo żubry są ze sobą blisko spokrewnione, grożą im choroby, a zabezpieczeniem ma być np. tworzenie małych stad w różnych miejscach.

Dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego dr wet. Michał Krzysiak, który napisał wstęp do albumu «Borusse i Reszta» oraz jest jednym z redaktorów naukowych «Kompendium ochrony zdrowia żubra» powiedział PAP, że z dotychczasowych szerokich badań nad zdrowiem żubrów wynika, że największym problemem i główną przyczyną śmiertelności tych zwierząt są choroby układu oddechowego, np. gruźlica czy ropne zapalenie płuc wywołane patogenem Pasteurella multocida i rozrodczego (nekrotyczne zapalenie napletka u samców o nie do końca wyjaśnionej etiologii).

«Żubry żyją w stadzie i to jest taki koszmar epidemiologa, (…) są narażone na infekcje drogą kropelkową» — opisał Krzysiak i podkreślił, że układ oddechowy to «główna droga wejścia» chorób w przypadku żubrów.

W kompendium opisano też — jak dodał Krzysiak — pierwsze badania immunologiczne żubrów, które przeprowadził wspólnie z prof. Małgorzatą Pomorską-Mól. Jak wyjaśnił, ich celem było pokazanie, że mimo, że żubry «mają problemy zdrowotne», walczą z patogenami, «wytwarzają odporność». Przyznał, że żubry mogą być «słabsze» wobec nowych chorób zakaźnych. «Ale nie jest z nimi tak najgorzej i sobie radzą» — dodał Krzysiak.

Podkreślił, że warto kontynuować takie badania, by wiedzieć, jak reagują żubry na nowe patogeny, np. niebezpieczną dla nich choroba niebieskiego języka. Jego zdaniem ważne jest także prowadzenie badań pokazujących wspólne zagrożenia dla zdrowia zwierząt dzikich, hodowlanych, ale też człowieka, bo to — jak mówi szansa na skuteczną walkę z zagrożeniami, ale też skuteczną ochronę gatunkową żubra.

Wrocławskie zoo jako jedyne na świecie rozmnożyło dzioborożca palawańskiego

Dzioborożce palawańskie w Ogrodzie Zoologicznym we Wrocławiu. Fot. PAP/Maciej Kulczyński 29.08.2019

We wrocławskim zoo przyszło na świat kolejne, czwarte już pisklę dzioborożca palawańskiego. W żadnym innym ogrodzie zoologicznym na świecie nie udało się do tej pory rozmnożyć tego narażonego na wyginięcie gatunku.

Rzecznik wrocławskiego zoo Joanna Kij podkreśliła, że dzioborożce palawańskie to jedne z najmniej poznanych gatunków ptaków i jedne z najbardziej zagrożonych. «Sądzi się, że nie mają szans na przetrwanie najbliższych 10 lat w środowisku naturalnym. Dlatego też siedem lat temu rozpoczęto program hodowli zachowawczej w ogrodach zoologicznych» – tłumaczyła.

Para hodowlana dzioborożców palawańskich przyjechała do wrocławskiego zoo w 2012 r. jako młode dwuletnie ptaki. «Przełom w ich hodowli zachowawczej dokonał się trzy lata temu. Udało się wówczas doprowadzić do wyklucia pierwszego na świecie pisklęcia w ogrodzie zoologicznym» – mówiła rzecznik.

«W zeszłym roku Wrocław doczekał się trzech piskląt, a 7 maja tego roku wykluło się kolejne. Wrocławskie dzioborożce to obecnie niemal 90 proc. światowej populacji żyjącej w zoo. Bez sukcesu pozostają na razie ośrodki, w których również hodowany jest ten gatunek – zoo w Atenach i w Pilznie» – dodała.

«Przez pierwsze lata obserwowaliśmy ptaki i weryfikowaliśmy to, co już wiedzieliśmy. Udało nam się m.in. opracować dietę, która im odpowiada» – tłumaczył opiekun ptaków z wrocławskiego zoo Krzysztof Kałużny.

Dodał, że gatunek ten wyróżnia nietypowy sposób rozmnażania się. Samiec zamurowuje samicę w dziupli na okres lęgu, pozostawiając jedynie niewielki otwór, przez który ją karmi. Samica opuszcza dziuplę dopiero z odchowanym młodym, który wielkością dorównuje już rodzicom. «Wysondowaliśmy też, jakiej zaprawy używa samiec do zamurowania dziupli, co jest niezmiernie ważne przy rozmnażaniu. Tajemnicą okazała się mieszanka odchodów i nadtrawionych owoców» – wyjaśnił opiekun.

Pracownicy wrocławskiego zoo zwracają uwagę, że jeżeli sukces ten uda się powtórzyć w innych ogrodach, to gatunek ma większe szanse na przetrwanie.

Dzioborożec palawański to ptak leśny. Dorasta do ok. 70 cm i osiąga masę ciała 700 g. Ubarwienie piór ma czarne z wyjątkiem ogona, który jest biały. Wyróżnia go jasnożółty dziób i «kask».

W naturalnym środowisku gatunek ten występuje tylko na filipińskiej wyspie Palawan i na pięciu okolicznych wyspach satelitarnych. Naukowcy wskazują, że jego populacja z roku na rok gwałtownie spada, a głównym powodem jest niszczenie siedlisk przez wycinkę lasów i ich defragmentację, a także kłusownictwo i nielegalny handel.

Wiemy więcej o diecie goryli

Fot. Fotolia

Populacja goryli nizinnych z Parku Narodowego Loango w Gabonie otwiera zębami twarde skorupy orzechów Coula edulis – zaobserwowali naukowcy z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej Maksa Plancka.

Mimo pokaźnych rozmiarów goryle odżywiają się głównie liśćmi i owocami. Ich zęby – w porównaniu z innymi małpami człekokszałtnymi — są duże i ostre, co uważane jest za adaptację do długotrwałego przeżuwania łykowatego materiału roślinnego. Zęby nie są zatem przystosowane do gryzienia twardych pokarmów, jak orzechy w twardej łupinie, gdyż trzonowce mogłyby łatwo ulec uszkodzeniu.

«Byłam zaskoczona, kiedy po raz pierwszy zaobserwowałam goryle jedzące orzechy – powiedziała autorka publikacji w «American Journal of Physical Anthropology» Martha Robbins. – Mogliśmy to nie tylko zobaczyć, ale i usłyszeć, kiedy skorupy ustępowały pod niebywałą siłą ugryzienia. Goryle mają duże, silne szczęki, ale nie spodziewaliśmy się tego, bo ich zęby nie są dobrze przystosowane do takiego sposobu wykorzystania».

Orzechy Coula edulis są otoczone twardą, zdrewniałą łupiną, której rozłupanie wymaga ok. 271 kg nacisku. Są dostępne przez trzy miesiące w roku. Goryle z parku do trzech godzin dziennie poświęcają na dobieranie się do tego wysokoenergetycznego pożywienia.

Jest to o tyle zaskakujące, że zwierzęta żywiące się twardym pożywieniem mają raczej silne, zaokrąglone trzonowce, które działają jak tłuczek i moździerz. Goryle — tak jak inni roślinożercy — mają zęby o ostrych krawędziach, które rozdrabniają liście. Przy ogromnej sile niezbędnej do rozłupywania orzechów zęby o ostrych krawędziach mogą się łamać. Dlatego naukowców zdziwił fakt, że małpy z Loango regularnie igrają z ryzykiem, narażając zęby na działanie takich sił. Skoro goryle robią to rok w rok, ich zęby muszą być solidniejsze, niż się wydawało.

Okazuje się ponadto, że dieta goryli nizinnych może być dużo bogatsza, niż zakładano. Skoro inne populacje, które mają dostęp do orzechów — ich nie jedzą — może to sugerować, że jest to zachowanie kulturowe – goryle muszą je zaobserować i nauczyć się go od innych członków grupy.

Kanada/Domowe koty cierpią na nadwagę tak jak ludzie

Fot. Fotolia

Domowe koty tak jak ludzie mają problem z nadwagą – wynika z badań przeprowadzonych przez naukowców z kanadyjskiego Uniwersytetu w Guelph. To pierwsze badanie tego typu na świecie.

Badacze przeanalizowali dane dotyczące wagi ponad 19 mln kotów w Kanadzie i USA w latach 1981–2016. Koty te były ważone przez weterynarzy ponad 54 mln razy, a dane zestawiono tak, by dawały obraz sytuacji dla różnych ras – precyzuje opis założeń do badania, którego wyniki właśnie ukazały się w «Journal of the American Veterinary Medical Association».

„My jako ludzie wiemy, że musimy się bardzo starać, by utrzymać zdrową wagę, ale jeśli chodzi o koty, nie było jasnej definicji tego, czym jest właściwa waga. Po prostu nie było danych. Określenie tego, jak zmienia się waga kotów w ciągu ich życia, daje nam istotne informacje o ich zdrowiu” — mówiła cytowana w komunikacie prof. Theresa Bernardo, jedna ze współautorek badania.

Porównywano dane zestawione w 1995, 2005 i 2015 r. dla kotów czterech najpopularniejszych ras: syjamskich, perskich, himalajskich i maine coon oraz kotów nierasowych. W przypadku kotów rasowych ich waga rosła nie tylko, gdy dorastały, ale także w dorosłym wieku i była średnio najwyższa, gdy miały między 6 a 10 lat, a w przypadku kotów nierasowych – gdy miały 8 lat. Wyższą wagę osiągają koty wykastrowane. „Waga kotów rośnie z wiekiem, a ich średnia waga jest coraz wyższa” — napisano w komunikacie na stronach Uniwersytetu w Guelph.

„Mamy obawy co do otyłości kotów w średnim wieku, ponieważ wiemy, że prowadzi ona do chorób takich jak cukrzyca, choroby serca, osteoporoza i rak” — podkreślił cytowany w komunikacie dr Adam Campigotto, współautor pracy.

Statystyki pokazały też, że w kartach 52 proc. kotów objętych badaniem, była tylko jedna informacja dotycząca ich wagi, a to znaczy, że ich właściciele nie przywozili kotów do weterynarza lub zawozili je do innych przychodni. „Wiele kocich problemów jest pomijanych, ponieważ koty ukrywają swoje problemy zdrowotne i weterynarz nie widzi ich tak często jak psów” — podkreśliła Bernardo.

Zwróciła też uwagę, że obserwacja wagi ciała jest ważną wskazówką co do zdrowia tak samo ludzi jak i zwierząt, więc warto ważyć regularnie nie tylko siebie, także koty w domu. Naukowcy jednak nie podają wskazówek, jak zmusić kota do spokojnego siedzenia na wadze. Jeden z weterynarzy powiedział PAP, że w przypadku kotów bardzo niechętnych ważeniu trzeba „zająć się matematyką oraz zdrowiem właściciela i kota”, czyli wejść samemu na wagę, następnie z kotem i od wyższej wartości odjąć niższą – pozostanie waga kota. „A przy okazji można regularnie ważyć siebie” — dodał.

Teraz badacze z Uniwersytetu w Guelph zajmą się metodami redukcji otyłości w kociej populacji, takimi jak opracowanie automatycznych podajników jedzenia połączonych z wagą, które wydawałyby stosowne dla danego kota ilości pokarmu. Zwrócono też uwagę, że przekazanie weterynarzom informacji ułatwiłoby rozmowy z właścicielami zwierząt. „To prowadziłoby też do zmiany podejścia – z zajmowania się tylko chorobami do położenia nacisku na dbanie o zdrowie kota” — wyjaśnił Campigotto.

Środki opóźniające palność powiązane z nadczynnością tarczycy u kotów

Fot. Fotolia

Nadczynność tarczycy u kotów to najpowszechniejsza choroba o podłożu hormonalnym u starszych osobników. Naukowcy z American Chemical Society powiązali ją właśnie ze stosowaniem środków opóźniających palność, występujących w tekstyliach czy plastiku.

Choroba tarczycy została zdiagnozowana u kotów po raz pierwszy w 1979 r. Od tamtego czasu częstotliwość jej występowania znacząco wzrosła. W tym samym czasie wprowadzono do użycia nowe środki opóźniające palność, dlatego badacze podejrzewali, że te dwie kwestie mają ze sobą coś wspólnego. Teraz na łamach „Environmental Science & Technology” naukowcy łączą ze sobą nadczynność tarczycy i inną klasę tych związków. Posłużyli się silikonowymi zawieszkami dla zwierząt, stanowiącymi odpowiednik opasek, które noszą na nadgarstkach ludzie.

W połowie lat 70. producenci zaczęli używać jako uniepalniaczy polibromowanych difenyloeterów (PBDE). Były składnikiem tekstyliów, poliuretanowych pianek, plastiku, elektroniki. W 2004 r. amerykańscy producenci – w związku z obawami o działanie na środowisko i zdrowie – zaczęli wycofywać się z ich użycia. Alternatywą stały się fosforoorganiczne środki zmniejszające palność (OPE), w tym TDCIPP, jednak również te substancje, tak jak PBDE, mogą negatywnie wpływać na układ endokrynologiczny u kotów.

Kim Anderson i jej zespół postanowili sprawdzić przy pomocy silikonowych zawieszek, jak bardzo koty zdrowe i z nadczynnością tarczycy są wystawione na działanie środków opóźniających palność, w tym OPE. Silikon wychwytuje lotne i średniolotne związki organiczne, a w poprzednich badaniach wykorzystywano opaski z tego materiału do monitorowania ekspozycji na chemikalia u ludzi.

W badaniu wzięło udział 78 kotów siedmioletnich lub starszych, połowa miała nadczynność, połowa – nie. Zwierzęta nosiły zawieszki przez tydzień. Analizy wykazały wyższy poziom TDCIPP w zawieszkach kotów z nadczynnością tarczycy. Większą ekspozycję na uniepalniacze obserwowano w domach wybudowanych po 2005 r., w których używano odświeżaczy powietrza. Znaczenie miało też, jeśli koty preferowały spanie na tapicerowanych meblach.

Psy są zestresowane tak samo, jak ich właściciele

Długoterminowy poziom stresu u czworonogów odzwierciedla poziom stresu u ich właścicieli. Wskazują na to pomiary kortyzolu (hormonu stresu) w organizmie – czytamy na łamach „Scientific Reports”.

Badania sugerują, że przedstawiciele tego samego gatunku mogą upodabniać się do siebie pod względem natężenia stresu. Na przykład poziom napięcia emocjonalnego u matki często koreluje z poziomem napięcia emocjonalnego u jej dziecka. Naukowcy z Uniwersytetu Linköping (Szwecja) postanowili sprawdzić, czy tego typu zależność może występować u psów i ich właścicieli.

W tym celu pobrali próbki włosów (lub sierści) od 25 czworonogów rasy border collie i 33 owczarków szetlandzkich oraz ich właścicielek (były to same kobiety). Dzięki temu mogli zmierzyć poziom kortyzolu utrzymujący się u badanych przez ostatnie kilka miesięcy.

„Wykazaliśmy, że długoterminowy poziom kortyzolu u psów i ich właścicieli był zsynchronizowany. Oznacza to, że właściciele z wysokim poziomem kortyzolu posiadali psy z wysokim poziomem kortyzolu, a właściciele z niskim poziomem kortyzolu posiadali psy z niskim poziomem tego hormonu” – mówi dr Ann-Sofie Sundman, główna autorka badania.

Ze względu na to, że aktywność fizyczna może zwiększać stężenie kortyzolu, specjaliści przez tydzień monitorowali u zwierząt tę zmienną. Okazało się jednak, że ruch nie był w tym wypadku powiązany z poziomem napięcia.

Aktywne właścicielki i ich biorące udział w zawodach psy miały jednakże bardziej skorelowane poziomy hormonu stresu.

Wysokość napięcia emocjonalnego nie była specjalnie związana z cechami osobowości zwierząt, ale była silnie związana z cechami osobowości właścicieli, zwłaszcza z neurotyzmem, sumiennością i otwartością na doświadczenie.