Dzięki liściom drzew znaleziono żyłę złota

Mulga. Fot. Fotolia

Dzięki analizie liści drzew australijskiej firmie udało się znaleźć bogatą żyłę złota – informuje serwis 7news.com.au.

Złoto jest pierwiastkiem rozproszonym – małe jego ilości można znaleźć wszędzie. W liściach drzew rosnących nad złożami złota można znaleźć małe ilości tego metalu, a także pierwiastki często towarzyszące złożom złota, jak antymon i bizmut.

W liściach drzew, które rosną z dala od złóż złota jego zawartość wynosi około 0,15 części na miliard. Nad bogatymi złożami ilość cennego kruszcu rośnie do nawet 4 części na miliard (1 część na miliard to miligram na tonę). Drobinki złota przenikają wraz z wodą do korzeni drzew, po czym wędrują w tkankach rośliny aż do liści.

Zjawisko to wykorzystała południowoaustralijska firma „Marmota Energy”. Podczas poszukiwań złota analizowano liście pospolitej w Australii mulgi (Acacia aneura) oraz senny (Cassia brewsteri). Z każdego badanego drzewa zrywano od 200 do 400 gramów liści, analizowanych następnie w specjalistycznym laboratorium Perth`s LabWest.

Pierwszym dużym sukcesem okazało się zlokalizowanie na głębokości 44 metrów w odległości 450 metrów od znanego złoża złota żyły zawierającej 3,4 grama złota na tonę rudy (opłacalne może być już wydobycie skał zawierających około grama na tonę). Grubość żyły sięga 6 metrów. Planowane jest wydobycie metodą odkrywkową. Specjaliści przyznają, że żadna z dotychczasowych metod nie pozwoliłaby zlokalizować tego złoża bez prowadzenia wierceń.

Studencki satelita KRAKsat uległ awarii

fot. Katarzyna Sadowy

 

Studencki satelita KRAKsat, znajdujący się od kwietnia na orbicie okołoziemskiej, zasygnalizował awarię. Dokładna jej przyczyna nie jest znana. Jeśli nie uda się jej usunąć, planowany eksperyment z ferrofluidowym kołem zamachowym może się nie powieść – poinformował zespół KRAKsat.

Informacje te zamieszczono w mediach społecznościowych, a w piątek potwierdził je w rozmowie z PAP Jan Życzkowski z zespołu projektu.

Według przekazanych informacji, satelita wpadł w niekończącą się pętlę restartów. Sytuacja trwa od kilkunastu dni. Kłopoty z dostarczeniem napięcia na baterie sprawiają, że KRAKsat ma zbyt mało energii, by przeprowadzić jakiekolwiek działania. Satelita się rozładowuje, wyłącza, następnie minimalnie ładuje, ponownie uruchamia i znów wyłącza, ponieważ samo uruchomienie zużywa całą dostępną moc.

Zespół krakowskich studentów pracujących nad projektem KRAKsat od kilku tygodni starał się zapobiec postępującemu i gwałtownemu spadkowi napięcia. „Niestety, nawet wyłączenie kluczowych urządzeń peryferyjnych nie zdołało pomóc” – przekazał zespół. W ocenie studentów źródłem problemu może być awaria w module zasilania dostarczonym przez SatRevolution. «Dokładna przyczyna nie jest jednak znana» — przyznali studenci.

KRAKsat, zbudowany przez studentów Akademii Górniczo-Hutniczej i Uniwersytetu Jagiellońskiego, jako pierwszy na świecie ma zbadać, czy ciecz magnetyczna, czyli ferrofluid, wprawiony w ruch wpływa na położenie satelity w kosmosie. Jeżeli wprawiony w ruch wirowy ferrofluid wywoła zmianę prędkości i kierunku obrotów satelity, system będzie można wykorzystać do sterowania orientacją obiektów na orbicie.

Ze względu na niski koszt takiego rozwiązania, jego prostotę i niezawodność, ferrofluidowe koło zamachowe — według krakowskich studentów – mogłoby stanowić konkurencyjną technologię dla tych teraz stosowanych i zrewolucjonizować światowy przemysł kosmiczny.

Awaria oznacza, że eksperyment z ferrofluidowym kołem zamachowym może się nie powieść. Eksperyment – podaje zespół projektu – jest bardzo energochłonny, a dodatkowo występujące błędy związane z obsługą pamięci flash w platformie satelitarnej SR-NANO-BUS uniemożliwiają pobranie jego wyników testów.

Zespół KRAKsat, z pomocą zespołu SatRevolution, codziennie stara się znaleźć wyjście z tej sytuacji. „Nie zamierzamy się poddawać i nadal będziemy próbować uratować pierwszego krakowskiego satelitę” – napisali studenci.

Jak przypomnieli, w kosmosie zdarzały się różne sytuacje. „Tak jak ESA po dwóch latach zlokalizowała zagubiony na komecie lądownik Philae, jak załoga Apollo 13 po poważnej awarii wróciła na Ziemię, jak NASA zdołała zdalnie naprawić teleskop Hubble’a, tak i KRAKsat może w jakiś sposób ponownie zacząć prawidłowo funkcjonować” – czytamy w informacji studentów.

W kwietniu wraz z KRAKsatem w przestrzeń kosmiczną poleciał także Światowid – pierwszy polski satelita komercyjny i obserwacyjny. Światowid nie doznał awarii i jak dotąd prawidłowo funkcjonuje w kosmosie.

Dwa polskie satelity zostały wystrzelone z ośrodka NASA na wyspie Wallops w USA. Urządzenia były umieszczone wewnątrz statku kosmicznego Cygnus, którego na orbitę wyniosła rakieta Antares 230. Satelity pozostaną w przestrzeni kosmicznej przez rok, potem spłoną w ziemskiej atmosferze.

Porody domowe równie bezpieczne, jak szpitalne

Fot. Fotolia

Kobiety w prawidłowo przebiegającej ciąży, które zamierzają rodzić w domu, nie mają zwiększonego ryzyka okołoporodowego zgonu — swojego, jak i dziecka — w porównaniu do kobiet, które pragną rodzić w szpitalu — poinformowano w „EClinicalMedicine”.

„Coraz więcej kobiet w krajach wysoko rozwiniętych wybiera poród w domu, ale w społeczeństwie wciąż pokutuje przeświadczenie, że to niepotrzebne ryzyko; że narażają w ten sposób siebie oraz swoje dzieci — mówi prof. Eileen Hutton z McMaster University (Kanada), główna autorka artykułu (http://dx.doi.org/10.1016/j.eclinm.2019.07.005). — Nasze badanie wyraźnie pokazuje, że ryzyko jest takie samo w przypadku porodów domowych i tradycyjnych — szpitalnych”.

Na potrzeby badania naukowcy pod wodzą Hutton sprawdzili bezpieczeństwo miejsca narodzin, analizując częstość zgonów okołoporodowych oraz tych, do których doszło w ciągu pierwszych czterech tygodni po porodzie. Ich metaanaliza objęła 21 publikacji naukowych, które powstały po 1990 roku, a dotyczyły 8 krajów: Szwecji, Nowej Zelandii, Anglii, Holandii, Japonii, Australii, Kanady i USA. W sumie oceniono dane z około 500 tys. porodów domowych i podobnej liczby porodów szpitalnych.

W efekcie nie stwierdzono żadnej istotnej różnicy w poziomie ryzyka pomiędzy grupą kobiet rodzących w domu i tych, które zdecydowały się rodzić w warunkach szpitalnych.

„Nasza analiza dostarcza bardzo cennych informacji nie tylko decydentom i osobom związanym ze zdrowiem publicznym, ale także wszystkim kobietom planującym powiększenie rodziny oraz ich bliskim” — uważa prof. Hutton.

Rzeki i jeziora świata uboższe o 88 proc. megafauny

Fot. Fotolia

Z rzek i jezior na całym świecie znikają duże ryby i zwierzęta. Naukowcy policzyli, że w ostatnich 40 latach globalne populacje słodkowodnej megafauny zmniejszyły się o 88 procent.

Zespół badaczy zajął się malejącą na całym świecie liczebnością 126 gatunków słodkowodnej megafauny. Za jej przedstawicieli uważa się żyjące w rzekach lub jeziorach zwierzęta ważące ponad 30 kilogramów, jak delfiny rzeczne, bobry, krokodyle, wielkie żółwie czy jesiotry.

Okazało się, że między 1970 a 2012 rokiem światowe populacje tych gatunków skurczyły się o 88 proc. To dwukrotnie większy spadek niż dla populacji kręgowców żyjących na lądzie lub w oceanach w tym samym okresie.

Największe spadki odnotowano w zoogeograficznej krainie orientalnej (indomalajskiej), obejmującej południową i południowo-wschodnią Azję – aż o 99 proc. – oraz o 97 proc. w krainie palearktycznej: Europie, północy Afryki i większości Azji.

Jak wskazują autorzy opisanego w piśmie „Global Change Biology” badania, najdotkliwsze straty poniosły populacje dużych ryb słodkowodnych, takich jak jesiotry, ryby łososiowate i sumy. Ich populacje zmniejszyły się w ostatnim czterdziestoleciu o 94 proc. w skali globalnej.

Znacznie przetrzebiły się też w tym okresie populacje słodkowodnych gadów – o 72 procent.

”Wyniki są alarmujące i potwierdzają obawy naukowców badających i chroniących bioróżnorodność wód słodkich” — mówi jedna z uczestniczek badania, Sonja Jaehnig z niemieckiego Instytutu Leibniza Ekologii i Rybactwa Śródlądowego (IGB).

Autorzy nie mają wątpliwości, że głównym zagrożeniem dla tych gatunków jest ich nadmierna eksploatacja. Duże ryby i zwierzęta wodne stają się celem rybaków i myśliwych ze względu na mięso, skórę lub jaja.

”Zanik gatunków dużych ryb wiąże się też z utratą swobodnie płynących rzek, gdyż dostęp do miejsc rozrodu i żeru ryb często uniemożliwiają tamy” – tłumaczy Fengzhi He z IGB, który kierował badaniem.

Większość rzek na świecie jest już pogrodzona wieloma tamami i zaporami, ale planuje się lub już buduje kolejnych 3,7 tys. dużych tam. ”Ponad 800 z nich będzie umiejscowiona w ogniskach bioróżnorodności słodkowodnej megafauny, w tym w dorzeczu Amazonki, Kongo, Mekongu i Gangesu” – wymienia He.

Naukowcy ostrzegają, że obecny zakres ochrony słodkowodnej megafauny jest w wielu przypadkach niewystarczający, mimo że ponad połowa gatunków jest zaklasyfikowana jako zagrożona wyginięciem. ”Poświęca się im jednak mniej badań i wysiłków ochronnych niż megafaunie na lądzie czy w oceanach” – uważa Jaehnig.

Jej zdaniem należy zwiększyć i polepszyć monitoring populacji i rozmieszczenia gatunków słodkowodnych, szczególnie w Azji Południowo-Wschodniej, Afryce i Ameryce Południowej.

Dotychczasowe akcje ochrony gatunków przyniosły sukcesy w postaci ustabilizowania lub nawet wzrostu populacji 13 gatunków megafauny na terenie USA, m. in. jesiotra zielonego (Ancipenser) i bobra amerykańskiego. Z kolei w Azji po raz pierwszy od 20 lat zwiększyła się populacja delfinów krótkogłowych w dorzeczu Mekongu.

W Europie udało się ponownie wprowadzić bobra europejskiego w wielu regionach, gdzie był od lat nieobecny. Do europejskich wód mają też powrócić rodzime niegdyś gatunki jesiotra zachodniego i atlantyckiego.

Bez cynku nie ma rzeżączki

Fot. Fotolia

Powodująca rzeżączkę bakteria Neisseria gonorrhoeae ginie, jeśli nie może przyswajać cynku – informuje pismo PLOS Pathogens.

Według danych Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (Centers for Disease Control and Prevention), co roku w Stanach Zjednoczonych pojawia się ponad 820 tys. nowych przypadków rzeżączki. Ponad połowa zachorowań na tę chorobę weneryczną dotyczy młodych osób w wieku od 15 do 24 lat. Neisseria gonorrhoeae uodporniła się na niemal każdy stosowany dotychczas lek, nie ma też skutecznej szczepionki.

Objawy rzeżączki u mężczyzny (ropna wydzielina z cewki moczowej, pieczenie podczas oddawania moczu, częstsze oddawanie moczu) pojawiają się zwykle po 3-5 dniach od kontaktu seksualnego, ale czasem dopiero po dwóch tygodniach. Choć u większości kobiet choroba przebiega bezobjawowo, nieleczona może powodować poważne i trwałe problemy zdrowotne. Dochodzi bowiem do zapalenia narządów miednicy mniejszej, co prowadzi do bezpłodności i ciąży pozamacicznych. Ciąża pozamaciczna często prowadzi do zagrażającego życiu krwotoku.

Dzięki obecnym w błonie komórkowej białkom, N. gonorrhoeae jest bardzo odporna na standardowo stosowaną przez zainfekowany organizm strategie obronną, polegającą na ograniczaniu intruzowi dostępności składników odżywczych.

Bakteria powodująca rzeżączkę wytwarza osiem znanych białek transportujących niezbędne jej substancje. Cztery są wykorzystywane do pozyskiwania żelaza lub chelatów żelaza. Dwa pozostałe transportery, TdfH i TdfJ, ułatwiają pobieranie cynku.

Jak wykazał zespół prof. Cynthi Nau Cornelissen z Georgia State University, TdfH wiąże się bezpośrednio z ludzkim białkiem kalprotektyną, a TdfJ – z białkiem S100A7. W obu przypadkach białka bakterii przechwytują zawarty w ludzkich białkach cynk, który przyswaja następnie N. gonorrhoeae.

Zdaniem prof. Cornelissen uzyskane wyniki mogą pozwolić na opracowanie metody blokowania rozwoju wywołującej rzeżączkę bakterii. Autorka dąży do opracowania szczepionki, która blokuje pobieranie żelaza i cynku przez N. gonorrhoeae i w pełni chroni gospodarza przed tym patogenem.

Kiedy mlaski i żucie doprowadzają do szału: psycholog bada mizofonię

Fot. Fotolia

Są osoby, u których dźwięki mlaskania, ciamkania, gryzienia wywołują silne, trudne do opanowania emocje: gniew, obrzydzenie, niepokój. «Całkowite odcinanie się od tych dźwięków to zły pomysł» — radzi psycholog Marta Siepsiak, która bada zjawisko mizofonii.

`Misos` to nienawiść — a `phone` to dźwięki. «Mizofonia to nie jest jednak ogólna nadwrażliwość na dźwięki. Osoba z mizofonią może kompletnie nie reagować na odgłos piły mechanicznej czy samolotu, ale za to będzie jej przeszkadzać cichutkie pomlaskiwanie» — mówi w rozmowie z PAP Marta Siepsiak, doktorantka z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. W ramach swoich badań (http://psychiatriapolska.pl/_447_458_.html) próbuje zrozumieć podłoże mizofonii, nazywanej też 4S (Selective Sound Sensitivity Syndrome).

Badaczka określa, że mizofonia to zaburzenie. Zaznacza jednak, że nie znajduje się ono jeszcze w żadnym oficjalnym wykazie chorób i zaburzeń (np. ICD 11 czy DSM-5).

Psycholożka tłumaczy, że osoby z mizofonią doświadczają bardzo silnych, niepoddających się kontroli emocji, kiedy słyszą specyficzne dźwięki, np. odgłosy mlaskania, siorbania, cmokania, gryzienia jabłka, chrapania czy nawet oddychania. «Z badań – również moich — wynika, że są to głównie odgłosy wydawane przez ludzi — np. związane z jedzeniem» — mówi. Bywają jednak osoby, które z równowagi wyprowadza np. odgłos szczekania psa albo pisania na klawiaturze.

IRYTACJA PRZECHODZĄCA W GNIEW

Jak zaznacza psycholog, nie chodzi o to, że osoba z mizofonią boi się jakiegoś konkretnego dźwięku. «Z moich badań wynikło, że emocjami, które pojawiają się tu najczęściej są: gniew, zniesmaczenie, obrzydzenie i niepokój. Ale nie strach — mówi badaczka. I wyjaśnia, że w przypadku strachu przed dźwiękami mówi się nie o mizofonii, a o fonofobii.

Osoby z mizofonią zdają sobie sprawę, że ich reakcja jest zbyt duża, nieadekwatna do okoliczności. «Ale nie są w stanie z tym nic zrobić. To reakcja automatyczna» — mówi psycholog. Dodaje jednak, że ta nadmierna reakcja często wiąże się dla tych osób z dużymi kosztami i utrudnia im funkcjonowanie w życiu codziennym.

MAŁO BADAŃ, DUŻO NIEWIADOMYCH

Na razie o mizofonii bardzo mało wiadomo. «Zjawisko to opisano w 2001 r. A dopiero w 2013 r. były pierwsze na świecie badania osób z mizofonią» — informuje rozmówczyni PAP. Z tych badań wiadomo, że u osób z mizofonią naprawdę można zauważyć reakcje psychofizjologiczne w odpowiedzi na nieprzyjemny dźwięk — następuje u nich przyspieszone bicie serca i pocenie. «Nie jest więc tak, że osoby te wymyśliły sobie tę przypadłość» — mówi psycholożka.

Inne badania — opublikowane w 2017 r. — pokazały różnice w funkcjonowaniu pewnych struktur w mózgu między osobami z mizofonią i bez niej. «Ale z tego absolutnie nie można wyciągnąć wniosku, że skoro mózgi funkcjonują inaczej, to znaczy, że ci ludzie się już tacy urodzili. Mózgi mogły się tak ukształtować w reakcji na doświadczenia. Tego jednak nie wiadomo» — zaznacza doktorantka.

Nie wiadomo również, jak częstym zjawiskiem jest mizofonia. Z jednych z zagranicznych badań wynikło — podaje rozmówczyni PAP — że mizofonia dotyka ok. 3 proc. populacji. Inne badania z kolei pokazały, że nadwrażliwość na dźwięki — a więc szersze zjawisko — wskazywało już 20 proc. osób.

LĘKI A NIEPRZYJEMNE DŹWIĘKI

Pytana, kim są osoby z mizofonią i czy coś je ze sobą łączy, Marta Siepsiak odpowiedziała, że to grupa zróżnicowana i trudno znaleźć między nimi cechy wspólne. Na razie elementem, który występuje częściej u osób z mizofonią niż u osób bez tej przypadłości, jest wysoki poziom lęku. Nie stwierdzono jednak — przynajmniej na razie — zależności między mizofonią a depresją czy innymi zaburzeniami. Marta Siepsiak zwraca jednak uwagę, że nie prowadzono na ten temat wielu badań.

CO PRZYNOSI ULGĘ

Pytana, co może pomóc osobom z mizofonią, odpowiada, że działać mogą elementy terapii poznawczo-behawioralnej i pogłębienie wiedzy o tym zaburzeniu. «A także uświadomienie sobie, że reakcje są nieuzasadnione i że to zwykle nie jest tak, że osoba, która wydaje irytujące dźwięki robi to na złość» — mówi.

«W opowieściach ludzi z mizofonią, którzy do mnie piszą, powtarza się schemat, że np. ich rodzina słysząc o ich przypadłości mówiła im, że są nienormalni, wyśmiewali problem. To na pewno tym osobom nie pomaga» — zaznacza.

Od kiedy o problemie zaczęło się głośno mówić – zwraca uwagę psycholog — znalazły się osoby, które chcą na nim zarobić. «Jest dużo szarlatanów, którzy wymyślają `terapie` dla mizofoników — polegające np. na emitowaniu przetworzonych dźwięków, sprzedaży cyfrowych filtrów, specjalnych słuchawek, zatyczek do uszu. Nie ma jednak żadnych podstaw, by sądzić, że to będzie pomagać» — opisuje. «Tu akurat badacze są zgodni — noszenie słuchawek cały czas, kiedy spotykamy się z takimi irytującymi dźwiękami i odcinanie się od tych dźwięków na siłę nie jest dobrym pomysłem» — mówi. Wyjaśnia, że wtedy każde kolejne spotkanie z dźwiękiem może wtedy wywołać jeszcze silniejszą reakcję.

CZY ASMR TO ANTYMIZOFONIA?

Tak jednak jak są osoby, które nie znoszą ciamkania, mlaskania, cmokania, tak są też i osoby, którym te same dźwięki sprawiają ogromną przyjemność. «Zjawisko to to ASMR — Autonomous Sensory Meridian Response. Na youtubie są setki filmików dla środowiska ASMR, na których słychać szeptanie, szuranie, skrobanie czy cmokanie. U niektórych słuchaczy odgłosy te wywołują głęboki relaks i przyjemne mrowienie» — mówi. Zapowiada, że w jednym ze swoich badań będzie sprawdzała, czy osoby, które doświadczają mizofonii i ASMR są jakoś do siebie podobne — np. pod względem temperamentu.

KWESTIONARIUSZ

Marta Siepsiak wraz z zespołem opracowała kwestionariusz dla osób z mizofonią. Może on pomóc m.in. terapeutom w diagnozowaniu tej dolegliwości. W kwestionariuszu tym są m.in. pytania o to, czy są pojedyncze dźwięki, które badanemu przeszkadzają w ekstremalny sposób. Badany powinien też odpowiedzieć, czy niechęć do tych dźwięków w znaczny sposób wpływa na jego życie? Czy osoba zazwyczaj unika sytuacji, w których te dźwięki się pojawiają? I czy ponosi w związku z tymi dźwiękami lub ich unikaniem duże koszty psychologiczne.

Wkrótce badaczka rozpoczyna w Polsce badania nad mizofonią. Będzie szukała około 100 osób borykających się z takim problemem. Informacje na ten temat można znaleźć na stronie projektu (http://www.projekt-dzwiek.com/https://www.facebook.com/Projekt-dźwięk-107032377302633). Badania realizowane są w ramach grantów PRELUDIUM i ETIUDA Narodowego Centrum Nauki oraz ze środków DSM Wydziału Psychologii UW.

Małopolskie/ Badania archeologiczne na cmentarzysku kultury łużyckiej

Zdjęcia udostępniło Muzeum Okręgowe w Tarnowie
Zdjęcia udostępniło Muzeum Okręgowe w Tarnowie

Kolejnych 20 grobów ciałopalnych, datowanych na lata 800 – 500 p.n.e., odkryli w tym roku archeolodzy z Muzeum Okręgowego w Tarnowie na cmentarzysku kultury łużyckiej znajdującym się niedaleko Wojnicza (woj. małopolskie).

Cmentarzysko z przełomu epoki brązu i okresu wczesnego żelaza zostało odkryte przypadkowo w zeszłym roku w trakcie wydobywania piasku z wydmy piaszczystej na północ od Wojnicza. Zniszczonych zostało wtedy kilkanaście grobów.

Badania ratownicze w 2018 r. ujawniły obecność 56 grobów całopalnych w rozmaitym stanie zachowania. Część z nich była całkowicie zniszczona, część uszkodzona orką z czasów, kiedy cmentarzysko było uprawnym polem i część — zalegająca głębiej — zachowana w całości.

Jak poinformował dyrektor Muzeum Okręgowego w Tarnowie Andrzej Szpunar, w trakcie drugiego sezonu badań archeologicznych, na cmentarzu odkryto kolejnych 20 grobów ciałopalnych, niektóre uszkodzone przez orkę, inne zachowane w całości.

Według badaczy, nową obserwacją dotyczącą zwyczajów pogrzebowych na tym cmentarzysku jest znajdywanie we wnętrzach popielnic małych naczyń z uchem, zwanych przez archeologów czerpakami.

Obecnie, z powodu przerwy urlopowej, na stanowisku nie są prowadzone prace. Po jej zakończeniu badania będą kontynuowane. Realizuje je Dział Archeologii Muzeum Okręgowego w Tarnowie, zaś finansuje w ramach programu badań ratowniczych Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Krakowie.

W tym roku planuje się kontynuację zabezpieczania krawędzi piaskowni – od północy i północnego zachodu oraz eksplorację strefy porośniętej lasem, gdzie znajduje się centrum cmentarzyska.

Badane cmentarzysko – zdaniem archeologów — to obiekt bardzo rzadki i cenny w tym rejonie doliny Dunajca, gdzie ze stanowisk prahistorycznych znane są głownie pozostałości osad.

Według Szpunara sposób zachowania kości i znalezione w grobach przedmioty wskazują, że osadnicy z okolic Wojnicza swoich zmarłych palili na stosach, a następnie ich przepalone kości oczyszczali i chowali w specjalnych glinianych naczyniach. Do jamy grobowej wkładano także dodatkowy dar grobowy w postaci miseczki lub czerpaka z uchem. Spalone kości przed włożeniem do urny były myte i oczyszczone z popiołu i szczątków stosu ciałopalnego. Niekiedy w jamach grobowych występują kamienie — otoczaki rzeczne.

Jeziorom brakuje wapnia

Fot. Fotolia

Coraz niższa zawartość wapnia w wodach europejskich i północnoamerykańskich słodkowodnych jezior zagraża zamieszkującym je organizmom – informuje pismo „Scientific Reports”.

Wapń (Ca) stanowi mniej niż 3 proc. masy większości żywych organizmów. Chociaż to niewielka część, Ca jest niezbędny dla flory i fauny słodkowodnej, ponieważ wpływa na sygnalizację wewnątrzkomórkową, aktywność neuronów, skurcze mięśni i procesy enzymatyczne. Jest również niezbędny do budowy muszli i pancerzy bezkręgowców, kości kręgowców i skorupek jaj ptaków.

Globalne badania poziomu wapnia w wodach jezior wykazały, że w dużej części Europy i wschodniej części Ameryki Północnej poziom wapnia spada do wartości, które mogą pogarszać zdolność do przeżycia i rozmnażania wielu organizmów słodkowodnych. W szczególności dotyczy to organizmów wychwytujących wapń z wody, takich jak małże słodkowodne, raki i zooplankton (na przykład dafnie).

Współpracujący ze sobą naukowcy pobrali 440 599 próbek wody z 43 184 miejsc w 57 krajach i przeanalizowali dziesięcioletnie trendy w ponad 200 zbiornikach wodnych poczynając od lat 80. Kluczową rolę w badaniach odegrało IISD Experimental Lakes Area — laboratorium wód słodkich w północno-zachodnim Ontario w Kanadzie. Tamtejsi naukowcy wyjątkową wiedzę i doświadczenie zawdzięczają badaniom prowadzonym od ponad 50 lat.

O ile globalnie średnia koncentracja wapnia wynosi 4 miligramy na litr, w przypadku 20,7 proc. próbek wody było to 1,5 miligrama na litr — lub mniej. 1,5 mg/l uważane jest przez specjalistów za poziom krytyczny – poniżej tej wartości wiele organizmów wymagających wapnia ma problemy z przetrwaniem. Znaczy to, że niektóre jeziora zbliżają się do poziomów wapnia zagrażających organizmom zależnym od wapnia.

Autorzy przypisują przynajmniej niektóre przypadki niedoboru wapnia w wodzie oddziaływaniu kwaśnych deszczy, które wypłukały wapń z gleby. Kwaśny deszcz „mobilizuje” wapń występujący w glebie i skale. Po zmobilizowaniu poziom wapnia w wodzie wzrasta, a następnie spada wraz ze zużyciem zapasów (efekt ten jest mniej nasilony na obszarach, gdzie powszechnie występują skały wapienne). Paradoksalnie zatem działania podejmowane w celu zaradzenia szkodliwym skutkom powodowanym przez kwaśne deszcze mogły się przyczynić do obecnego niedoboru wapnia.

Płeć można rozpoznać po zakręconym ślimaku

Fot. Fotolia

Część ucha wewnętrznego zwana ślimakiem przez całe życie wygląda inaczej u kobiet, a inaczej u mężczyzn, co może mieć znaczenie przy identyfikacji szkieletów — również szkieletów dzieci – informuje pismo „Scientific Reports”.

W przypadku bardzo starych ludzkich szczątków często brak DNA nadającego się do przeprowadzenia wiarygodnych badań. Do tej pory nie było możliwe ustalenie płci dziecka na podstawie pomiarów jego szkieletu. Natomiast u dorosłych można to było wiarygodnie wykonać tylko poprzez badanie miednicy (która nie zawsze jest zachowana).

Jednak tak zwana cześć skalista kości skroniowej, w której zlokalizowany jest ślimak często znajdowana jest na stanowiskach archeologicznych. To najtwardsza kość w organizmie ssaka. Jak wykazali naukowcy z Centre National de la Recherche Scientifique, Uniwersytetu Tuluza III — Paul Sabatier i l`Université Clermont Auvergne, badając kształt ślimaka można wiarygodnie określić płeć bardzo starych szczątków ludzkich. Wynika to ze skrętu spirali ślimaka, która różni się w zależności od płci, szczególnie w części końcowej.

NCBR: 1,7 mld zł dla innowatorów, w tym 600 mln zł dla Mazowsza

Źródło: Fotolia

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło w środę dwa konkursy w formule szybkiej ścieżki. Budżet tych konkursów to w sumie 1,7 mld zł. Tym razem, dzięki nowej inicjatywie — „Ścieżka dla Mazowsza”, wsparcie otrzymają również projekty B+R realizowane w województwie mazowieckim.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju podczas środowej konferencji prasowej w Pieńkowie (woj. mazowieckie) ogłosiło dwa konkursy w formule szybkiej ścieżki. Pierwszy z nich, o budżecie 600 mln zł («Ścieżka dla Mazowsza») przeznaczony jest dla firm z Mazowsza, a drugi («Szybka Ścieżka») o budżecie 1,1 mld zł — dla firm z wszystkich pozostałych województw.

Wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin podczas konferencji inaugurującej te konkursy powiedział, że Polska ma ciągle duży dystans do nadrobienia, jeśli chodzi o nakłady na badania i rozwój i że jest to obszar, który wymaga inwestowania. Przypomniał jednak, że w ciągu ostatnich czterech lat uruchomił szereg instrumentów wspierających innowacyjność.

«Wspomnę chociażby o najwyższych na świecie ulgach na działalność badawczo-rozwojową» — powiedział. I dodał: «Widzimy wyraźnie, że nakłady na B+R rosną». Podał, że w 2017 roku wzrosły one o 15 proc. Wskaźnik ten za rok 2018 jeszcze nie jest znany. Jednak wicepremier zakłada, że będzie to wynik lepszy. «Miernikiem jest choćby wzrost liczby osób zatrudnionych w sektorze B+R. Ten wzrost przekroczył w 2018 roku 30 proc.» — poinformował.

Dodał, że jednym z najważniejszych instrumentów wspierania przedsiębiorców jest rządowa agencja — NCBR. Jak poinformował, wśród przedsiębiorców szczególnie dobrą opinią cieszą się programy realizowane w formule szybkiej ścieżki.

Dyrektor NCBR dr Wojciech Kamieniecki wyjaśnił, że ostatnio w grantach w ramach programu «Szybkiej Ścieżki» — realizowanego dzięki środkom z UE — o dofinansowanie mogli się ubiegać przedsiębiorcy działający we wszystkich regionach Polski poza Mazowszem. «Mazowsze zostało bowiem przez Unię uznane za obszar, który osiągnął pewien poziom rozwoju adekwatny po poziomu innych regionów UE i dostał z UE stosunkowo mało środków. Środki te wyczerpały się już dwa lata temu» — wytłumaczył. Dodał jednak, że było duże zapotrzebowanie na to, żeby konkurs był dostępny również dla przedsiębiorców z tego objętego unijnym wyjątkiem województwa.

«Dzięki zgodzie — i po części inicjatywie pana premiera (wicepremiera Jarosława Gowina — przyp. PAP), mogliśmy przeznaczyć 600 mln zł oszczędności z programów realizowanych ze środków krajowych na specjalny program «Ścieżka dla Mazowsza» obejmujący przedsiębiorców, którzy tu mają swoje siedziby lub konsorcja z liderem tu na terenie Mazowsza» — powiedział.

Mimo że program «Ścieżka dla Mazowsza» finansowany jest ze środków krajowych, a kolejna edycja «Szybkiej Ścieżki» — z programu operacyjnego Inteligentny Rozwój, to formuła obu konkursów ma być podobna.

Przedsiębiorcy z Mazowsza mają jednak mniej czasu na zgłoszenie wniosków. Nabór rozpocznie się 23 sierpnia i potrwa do 23 września. A nabór w «Szybkiej Ścieżce» potrwa od 16 września do 16 grudnia.

NCBR zachwala, że formuła konkursów w ramach «Szybkiej Ścieżki» jest prosta, a biurokratycznych formalności — stosunkowo niewiele. Agencja wylicza, że tylko w 2018 roku w 5 konkursach tego programu do NCBR wpłynęło ponad 1200 wniosków. Program jest najczęściej wybieranym przez przedsiębiorców źródłem dofinansowania nowatorskich projektów w kraju.

Więcej informacji o konkursach „Szybka Ścieżka” oraz „Ścieżka dla Mazowsza” dostępnych jest na stronie ncbr.gov.pl/szybkasciezka.